hm. Marek Frąckowiak 
Miałem w tych felietonach pokazywać – ironicznie, ale przecież życzliwie – różne „skrzywienia” i wynaturzenia ZHR, to, co jest w tej organizacji śmieszne i straszne zarazem. Dziś jednak chciałbym napisać o sprawie dotyczącej i ZHP, i ZHR, sprawie, w której obie te organizacje, choć w różny sposób i w różnym stopniu, zachowują się nieodpowiedzialnie (jedna bardziej obrzydliwie, duga bardziej głupio), przynosząc wstyd swoim władzom i poważne szkody wychowawcze obu organizacjom i całemu ruchowi harcerskiemu. I choć sprawa ta - jak zabawa z targaniem tygrysa za wąsy – może się wydać i śmieszna, i straszna, to jednak przede wszystkim jest żenująca. I bolesna, bo dotyczy symbolu, z którym powinna łączyć się tylko duma i poczucie skautowego braterstwa.
Można w pewnym stopniu zrozumieć to naigrawanie się, ponieważ rzeczywiście ZHR zabrał się do walki z owym patentowym kuriozum w najgorszy możliwy sposób: wdając się w prawne dywagacje nt. ciągłości organizacji i legalności ZHP – odgrzewając tym samym filozofię, którą już próbowano (na szczęście nie w ZHR!) zastosować w roku 1989. Po dwudziestu latach jest to równie bezowocne i podobnie szkodzące ZHR i całemu harcerstwu, jak wówczas.
Ta nieszczęsna awantura prawna nie powinna jednak odwracać uwagi od istoty problemu. A jest nią fakt, iż władze ZHP zarejestrowały Krzyż Harcerski jako „znak towarowy” tej organizacji, uzurpując sobie wyłączne prawo do własności Krzyża. Pogratulować pomysłowości, taktu oraz zrozumienia dla wartości tego symbolu ruchu harcerskiego, jakim Krzyż stał się przez dziesięciolecia. Zapewne autorzy i obrońcy tego pomysłu są dumni z siebie, dumni z biznesowej skuteczności w sferze symboliki i ze skutecznego utarcia nosa „braciom odłączonym”. ZHR powstał między innymi po to, by instruktorzy harcerscy z powołania mogli zająć się prowadzeniem drużyn i inną pożyteczną pracą harcerską, a nie obsługą rozdętych struktur organizacyjnych i przedsiębiorstw, którymi obrasta organizacja itp. itd. Ubocznym tego skutkiem jest fakt, iż w sporach formalno-prawnych z organizacją dysponującą wielkim aparatem, przez dziesiątki lat zdobywającym doświadczenia w uprawianiu propagandy i „kiwaniu” innych, ZHR zawsze przegra. Dlatego jedynym sposobem na uniknięcie takich porażek jest… nie wdawać się w jałowe spory i robić swoje. Harcerstwo. Oczywiście można podejmować walkę wspomnianymi wyżej metodami wojny „prawno-historycznej”, ale to – jak już wspomniałem – i nieskuteczne, i także dość odległe od idei harcerskiego braterstwa.
Marek Frąckowiak, hm.