nr 10 - krąg czerwony

hm. Tomasz Maracewicz

Dyskusje poprzedzające ostatni Zjazd Związku, a także jego przebieg i wyniki wyborów władz wskazywały na dokonanie się pewnego przełomu. Krótko mówiąc - zwycięstwo delegatów zainteresowanych głęboką zmianą składu władz naczelnych było spektakularne. Z programu wyborczego „zwycięzców" wybijało się hasło: dla wszystkich starczy miejsca. I jeszcze to, że zmianie ulegnie dotychczasowy styl sprawowania władzy w ZHR: chodziło o odejście od związków z polityką, a także odejście od swoistej arbitralności w kierowaniu na rzecz budowania braterstwa i otwartości na różnice poglądów w ramach harcerskiego systemu. Zasadniczo w „programach wyborczych" szło więc głównie o kształtowanie postaw, co w skali organizacji, z natury rzeczy wydaje się najważniejsze i ... najtrudniejsze.

„Już jesteście częściowo zdegustowani brakiem działań zmierzających ku lepszemu Związkowi o który walczyliście (...) przez kilkanaście lat, (...) jestem ciekaw czy również na kolejnym Zjeździe jakiś baran będzie utrudniał rozpoczęcie w imię jedynych i słusznych argumentów, a chciałem zaznaczyć, że najlepiej się komentuje, (...)  gdy się komentuje z drugiego rzędu.  Szwejku - masz tyle zastrzeżeń do władz. dlaczego nie kandydowałeś do Władz Związku, dlaczego nie kandydowałeś na funkcję Naczelnika" - cytat z głosu w dyskusji na forum Pobudki.

hm. Marek Gajdziński 

Druhu MacS!
Jestem zdziwiony, że Ty, bliski współpracownik Naczelnika, zadajesz mi pytanie dlaczego nie kandydowałem do Władz Związku.

Od redaktora naczelnego „POBUDKI":  Wiele lat temu napisałem dla „Tygodnika Powszechnego" artykuł o ówczesnym niepokornym harcerstwie, o tym jak rozumieliśmy ideę służby, rycerskość, braterstwo. Wówczas tekst nie mógł się ukazać, zatrzymała go PRL-owska cenzura, o czym z żalem powiadomiła mnie listownie Pani Redaktor Józefa Hennelowa. Dlatego kiedy w redakcji „POBUDKI" rozgorzała gorąca dyskusja o przytoczonym niżej felietonie, uznałem za stosowne, że to właśnie ja skomentuję go w imieniu naszego środowiska.

 

Od Redakcji: Jednym z najważniejszych zadań POBUDKI jako pisma dla instruktorów jest dyskusja nad kształtem metodycznym naszej organizacji, w tym także zabieranie głosu w sprawie prób reformowania metody. Przy czym nieistotne jest dla nas, kto takie próby podejmuje. Ważne, czy w naszej ocenie, wspartej wiedzą, doświadczeniem i dobrą wolą, próby takie rzeczywiście służą poprawie funkcjonowania drużyn. W tym przypadku uznaliśmy że tak nie jest, dlatego decydujemy się opublikować materiał polemiczny, ryzykując nawet nieuzasadnione podejrzenie, że wdajemy się w spory natury personalnej. Sugerujemy dosłowne odczytanie tekstu, bez doszukiwania się podtekstów, a ogłoszony na końcu "konkurs" jest oczywiście otwarty również dla myślących inaczej niż zespół POBUDKI.

hm. Marek Gajdziński

Na początku tego roku ukazał się 80 numer Instruktora poświecony w całości systemowi zastępowemu. Bardzo mnie to ucieszyło. Publikując w Pobudce krytykę tez poprzedniej Głównej Kwatery, tego właśnie oczekiwałem - wywiązania się rzeczowej dyskusji o jednym z najważniejszych narzędzi naszej metody. Instruktor dyskusję tę podjął. Większość tekstów uznaję za wartościowe i wiele do tej dyskusji wnoszące. Również te, które prezentują model działania FSE, na którym to modelu, jak się wydaje, usiłowano się wzorować nakreślając w programie „Rozwój" kierunek ewolucji systemu zastępowego. Mam poważne wątpliwości do zaprezentowanego modelu, ale użyta argumentacja wydaje się logiczna. Można z nią rzeczowo dyskutować na gruncie metodycznym. Wśród tych tekstów jest też, tekst autorstwa ówczesnego Vice Naczelnika hm. Konrada Obrębskiego pt. „Zastęp rówieśniczy i zastęp pokoleniowy - dwie wizje zastępu." Jest to de facto polemika z tezami, które postawiłem w Pobudce. A poniewaz głęboko nie zgadzam się z autorem, z zapałem sięgnąłem po pióro.

hm. Tomasz Maracewicz 

Sensacyjny tytuł, prawda? No cóż, po krytyce w ostatnim "blogu metodycznym", musiałem sięgnąć po technikę rodem z tabloidów, żeby zachęcić Was do przeczytania tej części mojej dysertacji o instruktorach. Nie żeby była do niczego! Bałem się tylko, że odstraszy Was kolejna porcja gmerania w regulaminach Związku. Nie jest tak źle, sami zobaczycie. Pierwej jednak chcecie zapewne wiedzieć czy z tym łamaniem praw wyborczych to aby nie bujda. Otóż nie. Grzebiąc w Statucie rzeczywiście odkryłem, iż permanentnie łamiemy część praw wyborczych (połowę?), części naszych instruktorów (raptem kilkudziesięciu, ale jednak). Jakie i czyje konkretnie to prawa - uważny P.T Czytelnik odnajdzie w tekście. Do dzieła.

hm. Marek Kamecki 

Nie bez powodu wziąłem tym razem „na  tapetę" książkę szczególną, chociaż z pewnością dużo mniej znaną i czytaną choćby przez fakt, iż była wydana tylko jeden raz i to przed pierwszą wojną światową. Szczególną, gdyż powstała w momencie dla polskiego skautingu szczególnym -w przededniu przeczuwanej i spodziewanej próby wojennej, a także w momencie silnej transformacji jaką  przechodziło wtedy harcerstwo. Wyjątkowość tej pozycji wynika też z faktu, że opisuje pierwsze Jambo w Birmingham w roku 1913 , a za kilka miesięcy nasi harcerze pojadą (?) na Jubileuszowy zlot stulecia - również do Wielkiej Brytanii.

hm. Paweł Wieczorek KOHUB

Co to ja miałem?... Aha, dobrą pamięć. I nie ja jeden.

Zatem w „miesiącu pamięci narodowej", jak określała listopad PRL-owska propaganda, może dlatego, żeby wybić narodowi z tej pamięci groźne zdanie Wyspiańskiego: „listopad dla Polaków niebezpieczna pora", postanowiłem napisać coś o harcerzach, o których nie pamiętamy.

Nie, spoko, nie będzie o bezimiennych mogiłach, choć i na to pora właściwa. Zbyt właściwa, już wyeksploatowana. Nie będę też przypominał różnych X,Y, Q i D., którzy w minionych latach byli członkami władz pewnej organizacji harcerskiej z namaszczenia innej, nieharcerskiej organizacji, bo o nich rzeczywiście pamiętać nie warto, choć i zapomnieć trudno...